Thailand Pass, Test & Go, zasady kwarantanny i podane ceny dotyczą tamtej podróży. Nie są aktualnymi informacjami o wjeździe do Tajlandii.
Dwa lata tęsknoty
Przez dwa lata tęskniłem za Bangkokiem. Za ciepłem, jedzeniem i tą atmosferą, której nie da się spakować do walizki. Miasto śniło mi się niemal po nocach. Kiedy w końcu wróciłem, byłem po prostu szczęśliwy. Tyle że zanim mogłem ruszyć na ulice, czekały mnie formalności, test i hotelowa kwarantanna.
Thailand Pass, czyli wyścig z dokumentami
Zasady wjazdu zmieniały się, a ja dowiedziałem się, że od 22 grudnia przyjmowanie wniosków Thailand Pass zostanie wstrzymane. Trzeba było działać szybko. Potrzebowałem paszportu, rezerwacji hotelu z pierwszą nocą kwarantanny i testem oraz ubezpieczenia obejmującego COVID.
Nie miałem jeszcze wszystkich potwierdzeń. Zrobiłem zrzut ekranu z Booking, a dokument ubezpieczenia znalazłem na swoim koncie bankowym. Wysłałem to, co miałem, licząc się z koniecznością uzupełnienia. Czytałem o czekaniu po kilka dni, tymczasem akceptacja przyszła jeszcze tego samego dnia, po siedmiu–ośmiu godzinach. Udało się!
Później wymagania dotyczące testów i rezerwacji znów się zmieniały. Tak wyglądała moja podróż w tamtym czasie — to wspomnienie, nie instrukcja dzisiejszego wjazdu do Tajlandii.
Z Londynu przez Amsterdam
Podróż z Londynu przez Amsterdam zajęła około 24 godzin. Na przesiadkę miałem 50 minut, potem doszło oczekiwanie na start. Do Bangkoku dotarłem mniej więcej pół godziny po czasie.
Obawiałem się kontroli dokumentów, a poszło sprawniej, niż myślałem: około 20 minut. Wszystkie papiery trzymałem razem. Przydał się też długopis do formularzy — drobiazg, o którym łatwo zapomnieć. Walizka pojawiła się na taśmie akurat wtedy, gdy podszedłem.
Test, hotel i pięć straconych godzin
Po formalnościach przyszedł czas na transport, test i hotel. Wymaz był tak nieprzyjemny, że aż się popłakałem. Potem pozostawało czekać na wynik i marzyć o prysznicu. Zapowiadałem, że po negatywnym wyniku będę „wolny jak dzika świnia”.
Następnego dnia wynik był dostępny już o dziewiątej, ale przekazano mi go dopiero o czternastej. Pięć godzin przepadło. Najważniejsze jednak, że był negatywny. Netflix pomagał zabić czas, ale przecież nie po to leciałem do Bangkoku.
Pierwszy smak: bazylia, chili i Chang
Jeszcze w hotelu zamówiłem kurczaka smażonego z bazylią, chili i ryżem. Do tego piwo Chang. Zapach był niesamowity, a ostrość… trochę większa, niż planowałem na pierwszy dzień.
Drobno pokrojone mięso, bazylia, sos i ryż smakowały rewelacyjnie. Od razu pomyślałem, że muszę nauczyć się robić to w domu.
Na Bangkok patrzyłem przy hotelowym wyjściu przeciwpożarowym, nie z własnego pokoju. Niebo było zachmurzone, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Po europejskiej zimie cieszyło mnie samo wszechogarniające ciepło.
Autobus z naturalną klimatyzacją
Kiedy wreszcie mogłem wyjść, wybrałem autobus. Przystanek był blisko hotelu, do metra miałem dalej. Otwarte okna robiły za „naturalną klimatyzację”. Po dwóch latach tęsknoty nawet zwykły przejazd był przygodą.
Bangkok smakuje najlepiej na ulicy
W centrum kolory, zapachy i wybór jedzenia przyprawiały mnie o zawrót głowy. Nie mogłem się zdecydować, czego spróbować. Zawsze chciałem mieć takie problemy.
Kupiłem pierożki z chili i czosnkiem, kurczaka oraz świeży sok pomarańczowy. Pierożki były delikatne, a sos mniej pikantny, z octową nutą. Kosztowały 40 bahtów. Za dwie sztuki kurczaka zapłaciłem 20 bahtów — to ceny z tamtej podróży.
Sok był bardzo słodki. Wszystko smakowało inaczej niż to, co znałem na co dzień z Europy. Właśnie za tym tęskniłem.
Co dalej? Plany znad talerza
Planowałem spędzić w Bangkoku pięć dni, wliczając kwarantannę. Potem miała być Pattaya, gdzie miałem rezerwację hotelu, i mój pierwszy wynajem oraz jazda skuterem w Tajlandii. Chciałem ruszyć wzdłuż wybrzeża w stronę Kambodży.
Rozważałem Koh Kood, Koh Mak i Koh Chang. Myślałem o bazie na Koh Chang i wypadzie na Koh Mak, później o Koh Samet, zwrocie skutera w Pattayi i ostatnich dniach w Bangkoku. To były moje plany z filmu, a nie lista już odbytych wycieczek.
Samo leżenie na plaży to nie do końca moja bajka. Przyciągał mnie snorkeling. Na razie jednak wystarczyło wyjście z hotelu, autobus i dobre jedzenie. Po dwóch latach tęsknoty — naprawdę dużo.
TA SAMA PODRÓŻ, NA FILMIE
Zobacz moją relację
BANGKOK — TEST & GO — KWARANTANNA
Odtwarzacz YouTube zostanie wczytany dopiero po kliknięciu.
