Podane ceny, zasady i dostępność miejsc dotyczą tamtego wyjazdu. Nie są aktualnym cennikiem ani poradnikiem.
Ostatnie śniadanie na wyspie
Poranek zacząłem od mango z jogurtem i lokalnej kawy. Padało, temperatura spadła do około 25 stopni, a właściciel noclegu ostrzegał mnie przed śliską drogą. Po deszczu na asfalcie mogły zostać zanieczyszczenia i olej, więc pośpiech nie wchodził w grę.
Na prom dotarłem kilka minut za późno. Kolejne połączenie odpływało dopiero za około czterdzieści minut, ale nisko zawieszone chmury nad wyspą dały mi na pożegnanie wyjątkowy widok.
Mokry przystanek w 7‑Eleven
Po zejściu z promu rozpadało się na dobre. Płaszcz nie wystarczył, okulary parowały, a widoczność była słaba. Zatrzymałem się w 7‑Eleven, żeby przeczekać najgorszy deszcz i nie ryzykować dalszej jazdy.
Klimatyzacja w sklepie, mokre ubrania i długi postój nie były idealnym połączeniem. Do noclegu w połowie trasy jechałem około trzech godzin, zatrzymując się wtedy, gdy warunki robiły się zbyt trudne.
Słońce wraca na ostatni odcinek
Następnego dnia pogoda zmieniła się całkowicie. Czekało mnie około 250 kilometrów i mniej więcej cztery godziny jazdy do Pattayi. Przy słońcu, uporządkowanym ruchu i krótkich przerwach na kawę trasa była znacznie przyjemniejsza.
W Pattayi wróciłem do sprawdzonego hotelu. Tym razem dostałem pokój na wyższym piętrze, z lepszym widokiem na miasto i morze.
Bufet z owocami morza
Prawdziwym finałem dnia był bufet, w którym samemu grillowało się wybrane produkty. Kraby, krewetki, kalmary, małże, ryby i warzywa trafiały na tajski grill, a ostre sosy z chili, czosnkiem i ziołami nadawały wszystkiemu charakteru.
To właśnie dla tego miejsca wróciłem do Pattayi. Po mokrej, wymagającej drodze kolacja smakowała jeszcze lepiej.
TA SAMA PODRÓŻ, NA FILMIE
Zobacz pełną relację
Droga Koh Chang - Khong Khut - Pattaya - czyli marznę i moknę ;-) Ale najlepsze jest na koniec!
Odtwarzacz YouTube zostanie wczytany dopiero po kliknięciu.
